Hub Edi

O nas, o zyciu, o podrozach. O wszystkim i o niczym. Baczne obserwacje otaczajacej nas rzeczywistosci. Blogowe zapiski dla potomnosci na dlugie zimowe wieczory.

Wpisy

  • wtorek, 09 września 2014
    • 9 lat

      Tylko odnotuje, ku pamieci, ze 1 wrzesnia 2005 napisalam pierwszy wpis na tym blogu. 9 lat naszego zycia przelalam na ekran monitora...lata chude, tluste, zmiany, przeprowadzki, Amelia, praca, zycie.... wiele rzeczy opisalam "ku potomnosci". I choc czasu czesto brakuje, choc inne zajecia wchodza w droge, to czesciej lub rzadziej wrzucam jakies notki, zeby sage kontynuowac. Przyznam, ze lubie wracac do moich starszych wpisow, przypominac sobie stare dzieje, ludzi, wydarzenia. Dzieki blogowi narodzily sie super znajomosci, te wirtualne i te w realu i to jest wlasnie ta magia internetu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „9 lat”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 września 2014 18:12
    • Powroty

      Tyle zaleglosci mi sie na blogu narobilo. Nawet nie wiem od czego zaczac, skoro ostatni wpis byl o Chinach, a ja w miedzyczasie odwiedzalam lotnisko co najmniej z dziesiec razy, bo jak nie przyloty to odloty.

      No wiec przede wszystkim Mysia wrocila cala i zdrowa z Polski. I zmieniona.... Jeez, jaka zmieniona. Wrocila normalnie dorosla panienka, pieknie mowiaca po polsku, slodko zaciagajaca po Slasku. Wypoczeta i zadowolona, ale straaaaasznie wyteskniona za nami. Postaram sie jeszcze napisac o jej pobycie, ale ogolnie same superlatywy.

      Ami nabyla sie w domu cale 2 dni... i juz znowu wyfrunela... tym razem do dziadkow do Ohio. Hub mial podroz sluzbowa w tamte rejony, wiec zabral Ami na tydzien do Cleveland. I tyle ja widzialam. W Ohio jak zwykle super zabawa z dziadkami, atrakcje, odwiedziny znajomych. Po tygodniu znow lotnisko, odbieram moich podroznikow. Ponownie, w domu jestesmy cale 2 dni i znowu wracamy na lotnisko. Tym razem juz w komplecie, tym razem zeby razem poleciec na wczasy do Meksyku. Same wczasy cudowne, chyba najlepsze w naszym zyciu. Az nie chcialo sie wracac. Ale szkola, praca i wszystko inne czeka na nas tutaj, wiec pakujemy kufry i wracamy. Napisze jeszcze o Cancun, bo zakochalam sie w tym raju na ziemi.

      Za nami juz pierwsze tygodnie szkoly. Ami juz w drugiej klasie. Na razie jest zadowolona, ma super pania, nowe kolezanki. Tak ich totalnie przemieszali, ze Ami nie jest w klasie z zadnym dzieciakiem z zeszlego roku. Podobno ma to jakis sens. Ja go nie widze;)

      Za nami rowniez dlugi weekend, ktory uplynal nam na nadrabianiu zaleglosci w domu, powitaniach ze znajomymi, ktorzy rowniez z wakacyjnych wojazy wrocili. Nareszcie rozpakowalam wszelkie torby i torebeczki, ktore po tych wszelkich wyjazdach naszej rodziny jeszcze gdzies tam sie po katach walaly. Powoli, bardzo powoli wracamy do siebie, a zycie wraca do normy. Tej zwariowanej normy -  od zajec do zajec, od szkoly do szkoly, od pracy do domu do pracy itp.

      W miedzyczasie walcze jeszcze z jakims chorobskiem, zapalenie oskrzeli czy cos temu podobne bo kaszel malo mi pluc nie wyrwie:(.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Powroty”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 września 2014 00:02
  • środa, 06 sierpnia 2014
    • Nie Licze Godzin i Lat

      No to znacze ten swoj slad, odhaczajac kolejne urodziny w "morzu dat", jak spiewal Rybinski.

      Nie ma sie z czego az tak strasznie cieszyc, ostatnie urodziny z trojka z przodu...;) Patrzac zas na pozytywy, to zdrowie jako tako dopisuje a wkolo mnostwo zyczliwych, kochanych ludzi, wiec mam same powody do radosci. I za to wlasnie i za pomyslnosc wznosze dla siebie dzis toast: 100 Lat!!!

      A przy okazju nuce sobie za Rybinskim:

      "Nie liczę godzin i lat,
      To życie mija, nie ja.
      Bliżej gwiazd, bliżej dna
      Jestem wciąż taki sam,
      Wciąż ten sam.

      Nie liczę godzin i lat,
      To życie mija, nie ja.
      w zgiełku dni w morzu dat
      Własny swój znaczę ślad,
      Własny ślad."

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Nie Licze Godzin i Lat”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      środa, 06 sierpnia 2014 21:31
    • Jeszcze o Chinach

      Moj 10-dniowy pobyt dobiega konca. Moje odczucia na temat Chin przeszly wszystkie mozliwe stany: od euforii do roczarowania, od usmiechu do zlosci. Wracam zmeczona, ale zadowolona. Wiele zalatwilam na polu zawodowym, odbylam mnostwo ciekawych spotkan, poznalam fajnych ludzi w pracy. Mysle, ze bedzie nam sie o wiele lepiej teraz wspolpracowalo. Po raz kolejny przezylam magiczne chwile w Ningbo. To miejsce nigdy mnie nie zawodzi. Mimo uplywu czasu, nie zawodza mnie tez moi Ningbonscy znajomi.

      Wioze wiec do domu mnostwo wrazen. Wioze tez dodatkowa walizke wypelniona prezentami i zakupami. Tradycyjnie wioze posciel, chinskie kosmetyki, zielona herbate, ciekawa bizuterie. Wioze chinskie ksiazki, tradycyjne gry i sporo ciuchow dla Ami;). I juz doczekac sie nie moge jak odbiore ja z lotniska i wysciskam za wszystkie czasy.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      środa, 06 sierpnia 2014 21:21
    • Z wizyta w Ningbo

      Na trasie mojej wizyty w Chinach, nie moze zabraknac Ningbo.  Mojego Ningbo. Miasta, z ktorym wiaza sie cudowne wspomnienia. Spedzam tam dwa dni. Caly piatek mam spotkania sluzbowe. Razem z prawnikami z zaprzyjaznionej kancelarii i moim bylym szefem Richardem, po kolei analizujemy sprawy ktore dla mnie prowadza. Dyskutujemy, porownujemy, analizujemy, przegladamy dokumenty. Richard ma dla mnie, jak zwykle zreszta, kilka spraw swoich klientow, ktore chce ze mna omowic. Po poludniu spotykamy sie z jedna z jego klientek, ktora obecnie ma problemy prawne w Stanach i potrzebuje mojej porady. Przemila babka, typowa chinska “businesswoman”, mowi szybko, wyrzuca z siebie tysiace pytan, natychmiast oczekujac konkretnej odpowiedzi. Przegladam dokumenty  i akta kilku spraw toczacych sie w roznych sadach w Stanach. Cos doradzam, komentuje, wyjasniam. Kobieta jest mi wdzieczna, szczesliwa, ze znalazl sie ktos kto jej pewne kwestie wyjasni. Katem oka widze jak Richard z zadowoleniem kiwa glowa. Swoja droga nadziwic sie nie moge, jak ludzie inwestujac miliony dolarow w Stanach nie maja pojecia o podstawowych kwestiach zwiazanych z prowadzeniem dzialalnosci, odpowiedzialnosci, wymogow formalnych prowadzenia firmy. Tym bardziej, ze jak sie okazuje w mojej rozmowie z Richardem, podstawowe wymogi nie roznia sie zbyt od prawa chinskiego. Coz, nie ona pierwsza.

      Richard zaprasza mnie na drinka, ale nasza wspolna przyjaciolka Sherry czeka juz na mnie i glosno (bo do cichych i spokojnych ona nie nalezy) oznajmia, ze porywa mnie na “babski wieczor”. Moje pytanie czy Richard nie moglby do nas dolaczyc zbywa wzruszeniem ramion i stanowczym gestem reki wyraznie wskazujacym, ze Richard ma sie oddalic, a ja mam juz nie opozniac tylko wsiadac do samochodu, bo juz i tak jestesmy spoznione. Richard poslusznie sie oddala,  po ojcowsku proszac mnie tylko zebym na siebie uwazala, za duzo nie pila i nie wrocila za pozno do hotelu, bo powinnam sie wyspac;). Mrugam do niego porozumiewawczo i grzecznie dziekuje mojemu szefowi za troske;).

      Sherry zaplanowala caly wieczor i niezbyt byla zadowolona, ze ja juz jestem po kolacji. Skomentowala, ze jej znajomi na mnie czekali i chcieli mnie poznac. Ze wszyscy sie rozeszli, ale jednego musze koniecznie poznac, bo jest “number one in Ningbo”. Na moja zdziwiona mine, Sherry pospiesznie wyjasnia, ze jest najbogatszym czlowiekiem w Ningbo.  Number  One czeka na nas w swojej willi, tradycyjnie czestuje herbata i przez godzine opowiada o swoich firmach, biznesach , klientach, renowacji willi, ktorej przeznaczenie probuje odgadnac -  wyglada bowiem bardziej na muzeum niz na obiekt mieszkalny. Na koniec oprowadza nas po licznych komnatach pokazujac kolekcje dziel sztuki. Udajac, ze sie na tym znam, pytam o znaczenie historyczne imbryczkow, spodkow i rzezb. Moj prawdziwy zachwyt wzbudza natomiast pokoj z obrazami i rysunkami. Drogocenne czy nie, niektore z nich sa naprawde piekne, ciekawe. Ach jak fajnie wygladalyby na mojej scianie;).  Po raz kolejny uswiadamiam sobie roznice miedzy naszymi kulturami. W kulturze zachodniej takie spotkanie uznac mozna za strate czasu i bez sensu. W kulturze wschodu, tak wlasnie buduje sie relacje, formuje guanxi  - wyznajac zasade, ze nigdy nie wiesz kto sie moze w zyciu przydac. Jak juz bedzie potrzeba, zawsze latwiej powolac sie na wspolnych znajomych czy wspolnie spedzony wieczor. Sherry, jako sprytna businesswoman dokladnie o tym wie i tak wlasnie prowadzi interesy w Chinach. Niejednokrotnie bylam swiadkiem podobnych spotkan jak mieszkalam w Chinach. I nikt nie uznaje tego za strate czasu.

      Sherry wiekszosc czasu spedza na telefonach. Obecnie ma dwa -  co i tak jest postepem, bo swego czasu miala ich cztery – i wszystkie dzwonily non-stop. Nareszcie komunikuje, ze musimy jechac dalej. Wymieniami sie  wizytowkami z Number One i machamy na pozegnanie. Pytam Sherry czy mozemy wreszcie gdzies spokojnie usciasc i porozmawiac. Nie widzialysmy sie dwa lata i wiele sie zmienilo w jej zyciu. Chce sie dowiedziec szczegolow. Ladujemy wreszcie w przytulnym klubie w hotelu Shangri-La. Zamawiamy po lampce wina i rozmawiamy. Sherry snuje swoja opowiesc o rozstaniu z mezem, o sprzedazy fabryk, o tworzeniu kolejnych nowych firm. Rozmawiamy o interesach, dzieciach, modzie  i serialach. Ot typowa babska rozmowa. W tle fantastyczna Latynoska solistka i jeszcze bardziej niesamowity Ukrainski pianista daja swietny koncert. Przeboj za przebojem, mam wrazenie ze spiewaja same moje ulubione piosenki, glownie latynoskie. Cudna muzyka roznosi sie po nastrojowych wnetrzach. Tlumow nie ma. Deszczowa pogoda zniechecila chyba tubylcow do lazenia po miescie. A moze takie kluby juz zbyt staroswieckie dla nowoczesnych Chinczykow? Po skonczonym koncercie, solistka przysiada sie do naszego stolika i wznosi toast “za gosci i muzyke”. “Za Muzyke”, odpowiadam. Pyta mnie skad znam tyle muzyki latynowskiej, nie wygladam jej na “swoja”. Coz mowie, jestem fanem. Uwielbiam hiszpanska muzyke i latynowskie rytmy. Od zawsze. Wymieniamy poglady na temat wielkich artystow, na samo wspomnienie mojego ulubionego Alejandro Sanz, wzdycham tylko a oczy musialy mi sie niezle zaswiecic. Sonia (juz sie znamy) szepcze cos do ucha pianiscie i odchodzi usmiechajac sie znaczaco. Do mikrofonu oznajmia, ze ma teraz niespodzianke dla nowej przyjaciolki...;) Ciarki po plecach mi przechodza gdy cudownie, najcudowniej na swiecie odspiewuje ukochane Corazon Partio…Slucham w zachwycie, spiewajac pod nosem. Ktos krzyczy brawo, ktos inny podrywa sie do tanca, atmosfera gestnieje. Jest cudnie. Towarzystwo przy stoliku obok wznosi do nas toast, Sherry wdaje sie z nimi w pogawedke. Dla mnie nie liczy sie nic, jest tylko ta piosenka i cudny glos Sonii. Muzyka milknie,  w drzwiach pojawia sie asystentka Sherry gotowa zawiesc mnie do hotelu. Fajna noc, mile wspomnienia. Za to wlasnie kocham Ningbo.

      Kolejny dzien spedzam z Sherry na zakupach, kawkowaniu i dlugich rozmowach. Ogladam jej nowe biuro, poznaje wspolpracownikow, lazimy po miescie. Ningbo zachwyca. Dawna okolica w ktorej mieszkalismy jest w zasadzie nie do poznania. Wokol wyrosly centra handlowe, nowe ulice, nowe bloki. Inne miasto, inna atmosfera. Dolacza do nas Richard, jemy wspolnie lunch i jedziemy na masaz stop. Juz przyzwyczailam sie, ze foot massage to forma rozrywki. Juz nie dziwi mnie, ze wspolnie w jednym pomieszczeniu z nogawkami podciagnietymi pod biodra, dajemy sie masowac, nacierac, relaksowac.  Juz dawno przekonalam sie, ze Masaz stop jest tylko z nazwy, w rzeczywistosci jest to masaz calego ciala polaczony z nacieraniem olejkami, wyginaniem konczyn we wszelkie mozliwe kierunki i mile spedzonym popludniem przy owocach, przekaskach i herbacie. Siedzimy wiec sobie we trojke i dajemy sie masowac. Wspominamy dawne czasy, rozmawiamy o zyciu, ogladamy zdjecia pociech na telefonach.  Sherry wygrzebuje gdzies zdjecia Ami z naszego pobytu w Ningbo. Usmiecha sie slodki bobasek. Jeez, jak ten czas leci, dopiero dzieci nam o tym przypominaja. Od Richarda dostaje plyte z fajna muzyka Chinska. Sluchamy jej wspolnie w drodze na dworzec. Tak naprawde muzyka jest zmiksowana z rytmami latynowskimi. A moze to juz w mojej glowie po wczorajszym wieczorze wszystko mi sie zmiksowalo i brzmi jak Latino;).

      Super szybki pociag zabiera mnie z Ningbo, choc wcale nie mam ochoty wyjezdzac. Iles set kilometrow na godzine wysysa mnie z miejsca, gdzie czuje sie dobrze. Kilka rozdzialow ksiazki i juz jestem w Szanghaju, ktory jest dla mnie bezosobowy, korporacyjny, przeludniony.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      środa, 06 sierpnia 2014 21:20
  • czwartek, 31 lipca 2014
    • Tymczasem na wakacjach....

      Mysiowe wywczasy tymczasem mijaja dzien za dniem, atrakcja za atrakcja, parki rozrywki, baseny, wyjazdy, bawialnie, place zabaw i mnostwo innych cudownosci. Za nami pol-kolonie, jak zwykle ciekawe, swietnie zorganizowane i pelne atrakcji, wycieczek, zabaw, konkursow. Ami jakies tam nawet prezenty, dyplomy i medale dostala, w tym specjalna paczke od burmistrza - z tytulu bycia "przybyszem z innej planety";). Burmistrz gratulowal, ze dziecko mieszkajace za granica tak dobrze mowi po polsku. Dziadek z dumy pekal, a Ami najbardziej byla podobno zainteresowana co tam w tej torbie od Burmistrza jest;).

      Rozbestwila sie Myska do tego stopnia, ze jak zdarzaja sie dni bez wyjazdu, to jej sie “nudzi” i marudzi. To cyganskie dziecko ciagle by gdzies jezdzilo, przemieszczalo sie. Najlepiej spac po ludziach, jesc u sasiadow, a do domu wpadac tylko na zmiane ubran;) Rodzinka moja kochana, jak zwykle, stanela na wysokosci zadania. Dziadkowie, ciocie, wujkowie i ich latorosle cudnie sie Ami zajmowali, wozili po okolicznych  atrakcjach, ktorych w rejonie mojej mamy (jak zreszta teraz i w calej Polsce) nie brakuje.  Moj dlug wdziecznosci rosnie kazdego lata za to jak z sercem rodzina podeszla do mojej Malej. Przyjaciolka moja, Izunia z gatunku najcudowniejszych cioc na swiecie, dziecie moje zaadoptowala na 4 dni i mnostwo atrakcji zapewnila, poswiecajac swoj wlasny czas. Sasiedzi dzielnie znosili non-stop przebywajaca u nich Ami, ktora jak stara "na kawe" przychodzila.  Cudowne uczucie wiedzac, ze mozna liczyc na wspanialych ludzi. I troche lzej mi na duszy wiedzac, ze Ami ma tyle przychylnych osob wokolo, gdy jest sama z daleka od domu i rodzicow.

      Tegoroczny pobyt w Polsce dobiega powoli konca. Ami juz strasznie teskni do domu, odlicza z niecierpliwoscia dni, godziny, minuty. Ten pobyt byl dosyc dlugi i choc nie brakowalo jej zajec/wyjazdow/atrakcji, to dla takiej malej istotki 7 tygodni to jednak kawal czasu.

      Nie ukrywam, ze i dla nas to zbyt dlugo. Juz skreca mnie z tesknoty, nie moge sie na nia doczekac. Brakuje mi strasznie tego zamieszania jakie Ami wprowadza w zycie domowe. Wiem, wiem, jeszcze bede nie raz narzekala;)

       Tymczasem, koncowe odliczanie uruchomione. Za 6 dni wysciskam moja Mysie-Pysie:).

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Tymczasem na wakacjach....”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 lipca 2014 11:50
    • Chiny 2014

      Trafila mi sie w ostatniej chwili podroz sluzbowa do Chin. Ciesze sie, ze jade, ale takie zalatwianie wszystkiego w ostatniej chwili przyprawia mnie o rozstroj zaladka. Zgranie samej logistyki, ustawienie spotkan z ponad 10 osobami w dwoch roznych miastach to juz sztuka nie lada. Do tego dochodzi bilet, hotele, etc. Nie wspomne juz o malym drobiazgu takim jak wiza, przez ktora nie spalam 2 noce. Mam wize wazna do listopada, ale wiza jest w moim starym paszporcie, ktory przedziurkowali jak wyrobilam sobie nowy paszport. Gosciu z naszej agencji wizowej zawyrokowal ze z takim zestawem nie wpuszcza mnie do Chin. W nowym paszporcie powinnam miec nowa wize. Kropka. Lakoniczne stwierdzenie na stronie ambasady chinskiej ani tej informacji nie potwierdza ani nie zaprzecza -  Welcome to China;)

      Na wlasne wiec ryzyko (przyplacone bezsennymi nocami a jakze) zdecydowalam sie sprobowac. Istnialo prawdopodobienstwo, ze nawet mnie do samolotu nie wpuszcza bez wizy w nowym paszporcie. Cala odprawa byla wiec dosyc stresujaca, ze stresu glupkowato zartowalam z  dosyc sztywnym pracownikiem linii lotniczych. Huba poprosilam by za szybko z lotniska nie odjezdzal bo byc moze trzeba mnie bedzie do domu spowrotem zabierac. To by dopiero byla heca: 10 osob zaangazowanych w przygotowanie podrozy, bilet (nierefundowany rzecz jasna) kupiony, hotele zarezerwowane, kierowca czeka na lotnisku w Szanghaju, a ja nie dolecialam. Nawet nie moglam sobie wyobrazic co ja bym w pracy powiedziala na taki obrot wydarzen i wlasnie o tym tak usilnie po nocach myslalam;) Przyznam szczerze ze bezsennosc na marne sie zdala, nic madrego nie wymyslilam, oprocz tego zeby pomodlic sie gorliwie i rozaniec do kosmetyczki wrzucic. Nie wiem jakie sily zaintereweniowaly, wierze ze Boskie, ale zadnych problemow nie mialam ani przy odprawie ani na miejscu w Szanghaju. Jak swojego przyjeli, czerwony dywan rozwineli I jak sie nalezy pieczatke do paszportu wbili;).

      Szanghaj -  totalne déjà vu – jakbym to juz kiedys przezywala: nad miastem przechodzi tajfun, leje, grzmi, szaro, buro I ponuro – czyli mniej wiecej tak jak wygladala moja ostatnia wizyta tutaj 2 lata temu. Normalka. Jako, ze plan mam dosyc napiety nie mam za bardzo czasu rozczulac sie nad pogoda.  Rozladowuje sie w znajomym hotelu i szybko wychodze na spacer (w deszczu rzecz jasna) co by nie usnac na siedzaco i jakos przeczekac do wieczora. Wieczor nastepuje szybko, bo juz o 7:30 jestem w lozku, totalnie obezwladniona przez roznice czasu i jet leg. Za to o 5 jestem juz na nogach, zwarta i gotowa do pracy. Szkoda, ze biuro otwieraja dopiero o 8;) W pracy, jak to w pracy: spotkania, rozmowy, dyskusje. Przewijaja sie kolejne osoby, przemieszczam sie z miejsca na miejsce. Wieczorem padam ze zmeczenia. Cale szczescie, ze pogoda sie poprawia bo wilgoc w polaczeniu z upalem powoduje ze wszystko sie do czlowieka klei.

      Nie jestem jeszcze w stanie zwerbalizowac moich odczuc na temat Chin. Kocham i nienawidze, chyba najelpiej oddaje moj obecny stan ducha. Denerwuje mnie opieszalosc Chinczykow, ich niedbalosc o szczegoly, podejscie jakos to bedzie albo odpowiedzi w stylu : do tej pory nam sie udawalo;). Przeszkadza mi brud, nieprzyjemne zapachy, tlum na ulicach, plucie, siorbanie i dlubanie w nosie.

      A z drugiej strony rozczulam sie na widok kobiet ktore przypominaja mi Ayi, wzdycham do znajomych katow i doczekac sie juz nie moge wyjazdu do Ningbo, ktore kojarzy mi sie z ta lepsza stron Chin, z przyjaciolmi, ze znajomymi ulicami, ulubionymi miejscami i cala masa wspanialych przezyc.

      Chiny sa takie wlasnie pelne sprzecznosci i sprzecznosci w czlowieku wyzwalajace. Brudne a nowoczesne, brzydkie a piekne, bylejakie a fascynujace. Jedno jest pewne, tu jest ciekawie.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 lipca 2014 11:35
    • Las Vegas

      Weekend w Vegas. Weekend tylko dla doroslych. Weekend wydluzony do granic mozliwosci. Taki wypad zafundowalismy sobie z Hubem w ramach akcji “Lato w Miescie”. Jako, ze w tym roku zaszly takie okolicznosci przyrody, ze nie polecielismy do Europy, postanowilismy lato umilic sobie krotkimi wypadami. Korzystajac z okazji, ze nie mamy Ami, wybralismy sie wiec do jedynego chyba miasta, do ktorego dzieci nie powinny jezdzic - Las Vegas. Zafundowalismy sobie fajny, 5-cio gwiazdkowy hotel tuz na “stripie”. W dzien odpoczywalismy na basenie, popoludnia spedzalismy na lazeniu, a wieczory, jak na “grzesznikow w grzesznym miescie” przystalo na hazardzie;). Hazard w naszym wydaniu to glownie “jednoreki bandyta” - czyli maszyna nie wymagajaca myslenia, ale za to wymagajaca calego sloja drobniakow. I siedzi sie tak przed taka maszyna i wrzuca, wrzuca, wrzuca. Maszyna cos zaspiewa, cos zaburczy, kolem zakreci, czasem wypluje kupon na pare grosiszow… i zabawa zaczyna sie od poczatku. I siedziesz tak sobie siedzisz godzinami, kelnerki drinki donosza, portfel chudnie, emocje rosna to opadaja i czas milo mija. Totalnie jestem w stanie zrozumiec te cale autobusy emerytow, ktorzy spedzaja swoj wolny czas do automatow ladujac swoje mizerne emeryturki. Fun, fun, fun… okazalo sie, ze ja mam bardziej dusze hazardzisty niz Hub, ktory jednak zimna krew potrafi zachowac i slowa dotrzymac. Jak skonczyl nam sie ostatni banknot na “glupoty” przenaczony to za kolnierz przytrzymal kiedy trzeba bylo i do bankomatu nie pozwlolil pobiec. Emocje w miedzczasie mi opadly i juz grac i przegrac mi sie odechcialo. Stwierdzilam, ze ciezko zarobione $30 spozytkuje na kosmetyki Inglota. Tak, Inglota, bo w jednym z tamtejszych centrow handlowych natknelismy sie na piekny salon tej naszej rodzimej marki. No to sobie zaszalalam z cieniami, szminkami i lakierami do paznokci. Nie omieszkalam (jak zwykle gdy jestem w salonie Inglota) swojej historyjki dorzucic jak to Inglota kupowalam w kiosku Ruchu w zamierzchlych czasach studenckich jak to mnie tylko bylo na Inglota stac - bo tani byl, akurat na stuendcka kieszen. Pan malujacy w Inglocie (wiadomej orientacji) z usmiechem przyklejonym do twarzy, cierpliwie historyjki wysluchal, probowal jeszcze cos wcisnac naiwnej, sentymentalnej klientce i juz odplynal na swoim przyklejonym usmiechu do kolejnej klientki, ktora choc miala problem z wymowieniem nazwy Inglot, to koszyczek miala naladowany po brzegi;). Niby tylko 3 dni bylismy w Vegas, ale uchodzic sie zdazylismy za caly rok. Maz moj w taksowki, busy czy kolejke nie wierzy. Postawil sobie za punkt honoru codziennie kilka rundek z polnocy na poludnie “stripu” zrobic. A TO JAKIES 5 KM W JEDNA STRONE….. A ja pelzalam za nim z odciskami na palcach, potem na pietach, a na koniec juz i na podeszwach. Kolejnego dnia “najwygodniejsze” sandaly swiata co to sobie na okazje tego wyjazdu sprawilam w markowym sklepie wyladowaly na dnie walizki, a ja skorzystalam z promocji Gap-a na espadryle. Pamietacie espadryle? Ja pamietam, byly w modzie juz kilka razy podczas mojego zycia. Okazuje sie, ze znowu sa w modzie. Przynajmniej w/g Gap-a;). Modne, czy nie, moje espadrylki sprawily sie dzielnie do konca wyjazdu i zaluje tylko ze nie kupilam ich wczesniej bo kosztowaly mniej niz poprzedniego dnia wydalam na plastry, ktore notorycznie mi ze stop zjedzaly;). Hub oczami przekrecal na moje akrobacje butowe i skomentowal, ze z babami to tak zawsze. Zdazylismy jeszcze wpasc na przecudowny jak zwykle show Cirque du Soleil - najslynniejszego cyrku swiata. Jak zwykle dech zapieraly akrobacje, wystepy, muzyka, kostiumy. Fantasticznie. Nasz pobyt w Vegas przypadl akurat na finaly Munidalu. Wiec chodzilismy od baru do baru ogladajac kolejne finalowe mecze. Sam final Argentyna-Niemcy niezapomniany, obejrzelismy w przepieknym teatrze hotelu Wynn - ktory na czas tego meczu zamienil sie w strefe kibica;). Ach jakie emocje, gdy tlum kolektywnie wstrzymuje oddech, gdy wyrywaja sie spontaniczne okrzyki radosci czy rozczarowania. Cala ta psychologia tlumu dzialala jak najbardziej. Dalismy sie po prostu poniesc i przezywalismy kazda akcje meczu. Sercem bylam za Argentyna, bo tak mi sie ci chlopcy podobaja i ten Messi taki utalentowany, ale rozum oczywiscie podpowiadal, ze Niemcy wyjada z pucharem. I przyznac musze, ze jak najbardziej zasluzony tytul Mistrza i puchar. Dobrzy sa, skurkowancy, po prostu dobrzy. Pobyt w Vegas jak najbardziej udany. Odetchnelismy troszeczke, odpoczelismy sie, zmienilismy sobie otoczenie - wszystko na plus. Na minus zaliczylabym jedynie nocny lot powrotny, z ladowaniem o 5 rano w Dallas, szybki prysznic i normalny dzien pracy po nieprzespanej nocy. Takie “kombinacje” juz coraz mniej mnie bawia, a cialo buntuje sie domagajac sie snu i odpoczynku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 lipca 2014 11:02
  • wtorek, 08 lipca 2014
    • Falowanie i Spadanie

      Za nami dlugi weekend. W ostatniej chwili zmienily nam sie radykalnie plany na weekend wiec improwizowalismy na biezaco. Zamiast zwiedzania miasta z kolezanka, ktora miala nas odwiedzic, zabralismy sie za nadrabianie zaleglosci w domu. Zamiast lezenia w SPA, lezelismy przed telewizorem nalogowo ogladajac Breaking Bad [http://pl.wikipedia.org/wiki/Breaking_Bad]. Nie wiem czy ten serial jest juz w Polsce, ale goraco polecam. Bardzo ciekawy i oczywiscie (jak wiekszosc seriali) wciagajacy. Pojezdzilismy troche na rowerach i nadziwic sie nie moglismy, ze pogoda taka piekna w tym roku. Nie ma upalow, wieczorki sa chlodne, ok. 19 jest juz idealnie na rower. Uprawiamy wiec cowieczorny rowering;)

      4 Lipca, jak na Amerykanskie swieto przystalo, spedzilismy grillujac z sasiadami i ogladajac pokazy fajerwerkow.

      Dlugi weekend, tylko z nazwy jest dlugi, w rzeczywistosci minal jak z bata strzelil. Siedzac dzisiaj przy biurku mam wrazenie, ze w ogole od niego nie odeszlam, ze non-stop gapie sie w komputer, albo wisze na telefonie. Chyba wypalam sie powoli, bo wszystko przychodzi mi dziesiec razy wolniej. Ku zyciu trzyma mnie tylko wizja piatkowego wyjazdu do Las Vegas. Coz, falowanie i spadanie;)

      Ami tymczasem rozpoczela pol-kolonie i zdala mi raport, ze pierwszy dzien byl bardzo fajny. Na moje pytanie, co robila w weekend, odpowiedziala: "robilysmy z babcia maly shopping:)"... coz angielsko-jezyczna dusza pokazuje czasem swoje rogate oblicze;). 27 dni do powrotu:).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Falowanie i Spadanie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 lipca 2014 00:17
  • środa, 02 lipca 2014
    • Polmetek

      Juz prawie polowa pobytu Ameli w Polsce. Oprocz kilku pierwszych dni, ktore byly ciezkie pod wzgledem przestawienia sie czasowo-klimatycznego, Ami bawi sie swietnie. Obecnie spedza czas z Dziadkami (rodzicami Huba), ktorzy tez przebywaja w PL. Z raportow jakie nam zdaja, wyglada na to, ze Amelia ma mnostwo atrakcji. Jezdza prawie codziennie na jakies fajne wycieczki po Krakowie i okolicach. Byli w Bieszczadach, Nowym Targu, byli na splywie Dunajcem, byli nad Jeziorem Zywieckim, Gorze Zor, Ojcowie.... ty tyle co pamietam. Na porzadku dziennym sa wyjscia do parku wodnego czy przejadzki dorozka na Krakowskim Rynku. I tylko muzemu w Sukiennicach, ponoc niewypal, bo Ami pod ziemia sie boi, a do tego wystawa  o Holokauscie nie przypadla jej do gustu;). Z tego tez powodu odpuscili sobie Wieliczke. Ciesze sie, ze Mysia tak fajnie sie bawi. Cudownie mi sie z nia rozmawia, jej polski jest fantastyczny, slownictwo rozwinelo sie niesamowicie. Po raz kolejny utwierdzam sie w przekonaniu, ze te wyjazdy do Polski sa swietne, Amelia uczy sie tylu nowych, innych rzeczy. Mysle, ze dobrze wplywa to na jej rozwoj.

      W sobote Ami wraca do mojej Mamy, a od poniedzialu zaczyna polkolonie. Jezeli beda tak fantastyczne jak w zeszlym roku, to Amelka znowu bedzie miala mnostwo wrazen i atrakcji.

      Po wielkich debatach i dyskusjach, odpuscilismy sobie jednak wyjazd na kolonie. Amelia, o ile na poczatku zachwycona byla tym pomyslem, o tyle w miare zblizajacego sie wyjazdu ogonek podkulila i stwierdzila, ze nie chce jechac. Zaluje troche, ze zmienila zdanie, ale nie chce jej na sile wysylac. Sama idea kolonii czy obozow jest swietna i mysle, ze Ami, jak juz bedzie gotowa emocjonalnie, chetnie bedzie na takie imprezy jezdzila. W tym roku jest chyba jeszcze na to niegotowa. Coz, nic na sile.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Polmetek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      środa, 02 lipca 2014 17:35

Kalendarz

Wrzesień 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Autorzy

Kanał informacyjny

stat4u