poniedziałek, 14 maja 2012
Przygotowania do wyjazdu trwaja pelna para. W weekend poganialismy troche po sklepach kompletujac prezenty, dokupujac ostatnie drobiazgi dla Ami i Huba. Ami juz spakowana, pozostaje jej tylko wybrac kilka zabawek na droge i moze ruszac na podboj swiata;). Jak na razie Ami jest bardzo podekscytowana cala podroza i cieszy sie, ze leci do Polski, do babci, do kuzynow. Mam nadzieje, ze wystarczy jej tego entuzjazmu na caly pobyt... Moja mina rzednie z kolei z dnia na dzien i na sama mysle, ze nie bede jej widziala 6 tygodni plakac mi sie chce:(. Przykro mi tez, ze nie jedziemy do Polski razem.... zawsze to byloby fajniej... no ale za pozno juz na zale i trzeba sie pocieszac tym, ze Ami bedzie miala fajne, ciekawe wakacje. Wczoraj tutaj obchodzono 'Dzien Matki'. Ami przygotowala kartke w przedszkolu... "I love you Mommy":) Sweet, sweet, sweet.. Jako, ze dziecie moje jest jeszcze w wieku mlodym, pomoglam jej z prezentem na dzien Matki i zakupilam sobie piekna czarna torebke Kenneth Cole'a...;) No przeciez jako matka takiej fajnej malej babeczki musze jakos elegancko sie prezentowac:). Wilk syty i owca cala...;) Poza tym Ami zaczela sie zegnac ze swoim towarzystwem, play date goni wiec play date... piatek, poniedzialek... wozenie, przywozenie, odwiedziny, zabawy...Widze, ze jest naprawde lubiana bo ciagle ktos ja zaprasza...W piatek "towarzystwo" goscilo u nas. Dom, jak po przejsciu malego huraganu.... ale miny zadowolone i usciski wymienione i calusy... i zapewnienia, ze bedziemy BFFs (Best Friends Forever= najlepszymi przyjaciolkami do konca zycia;) slodkie sa takie 5-6 latki...;)
poniedziałek, 07 maja 2012
No musze jeszcze napisac o tym Koko, Koko...i paniach spod Bilgoraja... usmiech z twarzy mi nie schodzi ile razy je widze. I w glowe zachodze jak ludowa przyspiewka o kogucie, troche przerobiona... wygrala konkurs na hymn Euro....Ta piosenke o Kogucie, ktora brzmiala prawie identycznie, spiewalismy w ramach zartu na naszych wyjazdach zagranicznych z zespolem... bo fajnie brzmiala w uszach obcokrajowcow... Moze wlasnie i dlatego ja wybrali? Czy, swoja droga, nie jest to jakis plagiat? No chyba, ze autor "Koguta" wyrazil zgode... o ile jeszcze zyje. Koko, koko... "Jarzebianki" gdacza sobie, a cala Polska nuci... no folklor pelna para...Z calym szacunkiem do folkloru i spiewaczek... czy na pewno chcemy zeby Polska tak wlasnie sie swiatu kojarzyla? Z gdakaniem? A wydawalo mi sie, ze mamy dosyc glebokie tradycje muzyczne, wspanialych kompozytorow i zdolnych wykonawcow. Czy nie stac nas na nic wiecej niz "gdakanie"???Please. Pojawialy sie glosy, ze milion osob sobie zazartowalo, wyslalo SMSa i tak wlasnie "Kogut" wygral konkurs na hymn Euro. Smiac mi sie chce na sama mysl, ze "Koko" stanie sie hitem na miare "Waka, Waka" Shakiry (hymnu poprzednich Euro) i caly swiat bedzie nucil, "koko, koko, Poland spoko...". "Waka, Waka" to nasza sztandarowa piosenka Zumbowa... jak mi sie przyjdzie wyginac do "Koko", to chyba padne ze smiechu....:::)))) Zapisujac Ami do Zerowki (ktora jest poczatkiem systemu edukacyjnego tutaj i zaczyna sie od 5 lat), zgodnie z prawda, odpowiedzialam, ze w domu mowi sie po polsku. (tak, maja takie pytania). Spowodowalo to, ze Ami zostala natychmiast skierowana na testy jezykowe zeby sprawdzic czy jest na odpowiednim poziomie jezykowym, z angielskiego oczywiscie, zeby uczeszczac do zerowki. Gdyby nie byla, skierowano by ja do specjalnego programu ESL (English as a Second Language). Hub skomentowal, ze zawsze musze byc szczera do bolu, przeciez mala mowi po angielsku lepiej niz po polsku, a tak musi isc na ten test (a on ja musi zaprowadzic;). Test odbyl sie w czwartek. Ami zdala go bardzo dobrze, bo agielski, czy mi sie to podoba czy nie, jest jej pierwszym jezykiem. Chociaz w domu rzeczywiscie mowimy po polsku, jej latwiej jest odpowiadac po angielsku. W zasadzie to jest taka ciagla walka: "mow po polsku", "mow po polsku". Mowie jej ciagle, ze nie rozumiem co do mnie mowi po angielsku i to samo musi powtorzyc po polsku. I dzielnie powtarza... w tym akurat jestesmy konsekwetni.... w domu mowi sie po polsku. Ciesze sie ze Amelka mowi po polsku, chociaz widze o ile latwiej jest jej wyslowic sie po angielsku. Mysle, ze 2-miesieczny pobyt w Polsce troche jej pomoze podszlifowac jezyk. Jako, ze sezon na testy i zakonczenia roku w pelni... Ami miala tez wczoraj test z Chinskiego. Dostala 70 punktow na 100. Ja bylam nawet zadowolona z tego wyniku, bo na tyle co ona uczeszczala na zajecia (srednio co drugie) i na tyle co z nia w domu cwiczylismy (prawie nic), to i tak dziecko sobie swietnie poradzilo, uwazam. Hub nosem krecil na "report card" i komentowal, ze za wiele jej nie nauczyli i ze moze trzeba znalezc inna szkole... Probowalam mu wytlumaczyc, ze Chinski jest bardzo trudny i wymaga systemaczynosci, a przez to ze zajecia sa w niedziele, ciagle nam cos wypadalo i Ami sporo opuscila...i nie mielismy czasu za bardzo z nia tego nadrobic. Hub nie dal sie przekonac i nadal twierdzil, ze powinni sie nauczyc troche wiecej niz tylko kolory, dni tygodnia, owoce, zwierzeta, itp. Jego rozumowanie jest takie, ze skoro tak malo materialu przerobili, dzieci powinny go znac w 100% i ze jak on cwiczyl z Ami (w niedziele rano-tuz przed egazaminem) to ona wszystko znala. Troche sie uspokoil, jak mu zwrocilam uwage, ze mogla po prostu nie chciec odpowiedziec na jakies pytanie lub nie zrozumiec pytania... wiem jak z nia jest... mogla po prostu nie miec nastroju do odpowiadania... tak czasem jest w domu... to jest 5 letnie dziecko i jej 'attention span' jest jeszcze bardzo krotki. Stanelo na tym, ze w przyszlym roku bedziemy bardziej pilnowac pracy domowej i obenosci na zajeciach...
sobota, 05 maja 2012
Jestem w Kanadzie, sluzbowo. Taki krotki wypadzik i uczestnictwo w spotkaniu biznesowym, gdzie musialam "wyglosic" prezentacje na temat etyki, korupcji, przestrzegania naszego wewnetrznego regulaminu, etc. Prezentacja poszla chyba niezle, skoro po jej zakonczeniu ustawila sie do mojego (tymczasowego) pokoju kolejka. Ludzie wchodzili po kolei i zadawali ciekawe pytania, wyznajac rozniez ich male "grzeszki". Smialam sie, ze troche tak stali jak do konfesjonalu. Tuz przed moja prezentacja, w budynku zaczelo sie dymic. Jako, ze budynek biurowy polaczony jest z hurtownia/produkcja chemikaliow, zarzadzono natychmiastowa ewakuacje. Za chwile zjawilo sie 5 wozow strazackich, karetka, 2 policje... wstrzymano ruch w calej okolicy... jednym slowem akcja zakrojona na calego. A my stalismy kilka budynkow dalej, czekajac na jakies wiadomosci. Po ponad poltorej godziny pozwolono nam wejsc do budynku. Smiali sie ze mnie, ze moja prezentacja byla "wybuchowa" wiec musieli wezwac strazakow...:) Przy tym wszystkim drobnostka juz tylko byla "kontrola osobista", do ktorej "losowo" zostalam wybrana na lotnisku:(. Nie, nie kazali mi sie rozbierac do naga, ale "przeswietli" mnie na wylot i zrobili rewizje bagazu. Troche sie stresowalam, bo wczoraj troszke mnie ponioslo i zakupilam kilka tubek kremow, ktore w sumie przekraczaly dozwolone limity (3x100ml). Coz, w Kanadzie maja pelno kosmetykow francuskich marek, ktore w Stanach ciezko dostac.. wiec troszeczke sobie zaszalalam:). Skonczylo sie dobrze i laskawie pozwolono mi leciec dalej. P.S. Zeby juz zakonczyc podroz z przygodami dotarlam do domu 4 godziny pozniej niz planowalam. Podobno nad Dallas szalaly burze i nie pozwolono nam ladowac. Krazylismy nad miastem 2 godziny. Po czym skonczylo nam sie paliwo i musielismy awaryjnie ladowac w Wichita Falls (100 mil od Dallas), nabrac paliwa i wrocic do Dallas. Cala ta 'side trip' trwala 3 godziny... Po czym jak wyladowalismy w Dallas (o 1 nad ranem) nikt o zadnych burzach nie slyszal... wprawdzie o 2 nad ranem, ale dotarlam szczesliwie do domu.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
6 letni chlopczyk rozrabial w szkole, ugryzl nauczyciela i kopnal dyrektora. Dyrektor zadzwonil po policje. Policja przyjechala, skula chlopca w kajdanki i wsadzila do aresztu. Pozniej zadzwonili po rodzicow. 6 letnia Salecia rzucala sie i krzyczala w szkole. Gdy zdecydowanie odmowila stawienia sie w gabinecie dyrektora, nauczycielka zadzwonila po policje. Policja przyjechala, skula mala w kajdanki i zawiozla na komisariat. Kilkuletnia dziewczynka przebiegla przez "bramki" na lotnisku by usciskac babcie. Sluzba ochrony lotniska stwierdzila, ze malej zostala przekazana bron i zarzadzila osobiste przeszukanie. Dopiero gdy dziecko wpadlo w hiesterie, pozwolono matce byc swiadkiem przeszukania. To tylko kilka, z niestety rosnacej liczby przypadkow skuwania przedszkolakow w kajdanki i oddawania awanturujacych sie maluchow w rece Policji. Ostatnio glosno o tym tutaj. Ja rozumiem, ze dzieciaki potrafia byc trudne, ze potrafia wrzeszczec, kopac i sie rzucac. Sama mam dziecko, ktore czasem urzadza "sceny". Czy wzywanie policji i zakuwanie w kajdanki jest jednak rozwiazaniem tego problemu? Czy to w ogole cokolwiek pomoze? Czy ktos zastanawia sie nad konsekwencjami zamkniecia w areszcie 6-letniego dziecka? W glowie sie nie miesci, zeby do tego dochodzilo. Na dodatek i nauczyciele i policjanci bronia swoich racji. W wyzej wymienionych przykladach swiecie przekonuja, ze nie bylo innej rady, ze dziecko trzeba bylo skuc dla bezpieczenstwa jego samego i innych, ze Policja dzialala "zgodnie z procedurami". Really? Czy te procedury pisane byly z mysla o 6-letnich "przestepcach"? Czy sa dzieciece rozmiary kajdanek? Czemu po prostu nie zadzwonic po rodzicow? Nie wiem jak w innych stanach, ale w Teksasie, wiele szkol ma swoja policje. Policja, jako, ze jest "pod reka" reaguje natychmiast na wykroczenia w stylu: rzucanie papierami, cpykanie z groszku w czasie lunchu, krzyki na korytarzu, spoznianie, wagary, wyglupy, podsmiewanie sie z kolegow i tego kalibru sprawy. W/g statystyk 300,000 uczniow mialo sprawy sadowe w 2010 roku. Wiekszosc z nich konczy sie grzywna, pracami spolecznymi, ale sa i takie ktore koncza sie takze pobytem w areszcie czy poprawczaku. Wiekszosc spraw zostawia odcisk w aktach malolata, co ciagnie sie za nim przez cale zycie i ma glebokie konsekwencje przy szukaniu pracy czy przyjeciu sie na studia. Wielu zastanawia sie jak to mozliwe, ze spoleczenstwo zgadza sie aby naprawde niegrozne czasem dzieciece wyglupy traktowane byly na rowni z wystepkami kryminalnymi. Ja tez sie nad tym zastanawiam. I po raz kolejny stwierdzam, ze nasze dzieci maja generalnie "przerypane" i ze trudno jest byc dzieckiem w dzisiejszych czasach. Uroczyscie, przy swiadkach, obiecuje, ze juz nigdy nie postrasze mojego dziecka policja....;).
środa, 25 kwietnia 2012
Spolecznosc naszego osiedla (a scislej mowiac 3 osiedli nalezacych do naszego HOA) jest znakomitym przykladem fanatyzmu portali spolecznosciowych. Nasze HOA (wspolnota mieszkaniowa) ma 2 strony internetowe oraz strone na Facebook. Przeplyw informacji jest niesamowity, szczegolowosc informacji siega zenitu a nowe informacje pojawiaja sie na owych stronach mniej wiecej raz na 10 minut. Rozumiem, ze sporo babek (glownie) nie pracuje i ma sporo czasu na uaktualnianie FB, ale nie rozumiem, jak mozna czuc potrzebe uzewnetrzniania sie non-stop i dzielenia sie ze swiatem najdrobniejszymi szczegolami z zycia. Wiele z nich poprzedzone jest oczywiscie slowami "Wazne-Przeczytaj"..."kojot na skrzyzowaniu ulicy X i Y"... "male zajaczki na mojej posesji"..."trawa za krotko przystrzyzona na rogu X/Y"..."moje dziecko w stroju grzybka"... "moje dzieci wlasnie wyszly do szkoly a ja siedze i pije kawe"... "wlasnie wychodze na silownie... zyczcie mi powodzenia". Poziom niektorych konwersacji czasami wzbudza smiech, a czasami szlag mnie trafia, ze wtracaja sie w nieswoje sprawy. "Kablowanie" przybiera tutaj naprawde innego wymiaru: -"A moj sasiad to nie skosil trawy... nie wyobrazam sobie jak mozna tak nie dbac o posesje... w koncu kupilismy dom w dobrej okolicy i nie chcemy zeby stracil na wartosci przez to, ze ktos nie kosi trawy". -"Zglosilam juz do administracji, ze sasiad nie usunal suchych drzewek...ciekawe czemu tak dlugo zajmuje im wyslanie listu z upomnieniem". -" Zauwazylam, ze pewne osoby na naszym osiedlu pozmienialy klomby, aranzacje ogrodow... czy to jest legalne? Czy odpowiednia komisja moglaby sie tym zajac?" -" Wieczorem zauwazylem "podejrzany" samochod, powoli przejezdzajacy przez nasze osiedle. Oto jego tablice rejestracyjne......" Inne "problemy" poruszane przez sasiadow to: " Od dwoch lat poszukuje manikiurzystki, z ktorej bylabym zadowolona... jak one nie maja pojecia o dobrej robocie... czy ktos moze mi polecic?" [dodam tylko, ze salonow mani/pedi w naszej okolicy jest moze ze 30....to tak w promieniu 10 minut jazdy samochodem] -"Zbieramy podpisy pod petycja zeby nie wybudowano przedszkola obok naszego osiedla... wzmozony ruch bedzie nam zaklocal spokoj".... [przedszkole ma byc zbudowane w blizej nieokreslonej przyszlosci, poza terenem naszego osiedla, z osobnym wjazdem i parkingiem] Cos co najbardziej mnie rozwscieczylo to watek o SLUZACYCH...tak, tak, nie o pomocy w domu, pani do sprzatania, sprzataczce... tylko SLUZACEJ...oczywiscie jakie to sa wielkie klopoty ze SLUZACYMI... -"Czy zostawiacie je same w domu? "Anna" jest lepsza od Marii"...i tansza, he, he...." To tylko przyklady niektorych konwersacji. Skoro mi sie to nie podoba, ktos powie, to po co tam wchodze i czytam? Fakt, czytam. Oprocz tych bzdur bowiem, jest tez sporo ciekawych informacji o zyciu na osiedlu i dzialalnosci licznych komitetow, komisji, kolek zainteresowan, klubow, etc. Tak tylko zastanawiam sie czy jak Zuckerberg wymyslal Facbook to czy mu sie przysnilo, ze stanie sie to narzedziem "Wielkiego Brata, ktory czuwa", i ze bede musiala koniecznie wiedziec, ze sasiadka wyrzucila meza z domu i teraz w poczuciu winy poszukuje dla niego kanapy ("Gdyby tak ktos mial na zbyciu"), zeby "biedaczek" nie musial spac na podlodze w pustym mieszkaniu do ktorego sie wyniosl po klotni.....;). Coz, za moich czasow byly blokowe sasiadki, ktore tylko sobie poduchy pod lokcie podkladaly jak obserwowaly zycie osiedlowe, a teraz jest Facebook.... znak czasow.
piątek, 13 kwietnia 2012
Nawet gdybym nie miala kalendarza, wiedzialabym, ze dzisiaj juz piatek. Moje cialo informuje mnie dobitnie, ze to juz koniec tygodnia i koncza sie zapasy energii. Koncza sie rowniez poklady koncentracji czy zapalu do pracy. Czego przykladem jest to, ze pisze bloga zamiast przegladac kolejne dokumenty.... Juz widze siebie w drodze do domu, lub jeszcze lepiej z lampka wina na kanapie....Ale jeszcze na dobitke ruch w interesie dzisiaj u nas jak nigdy. Smialam sie do Carmen, ze jestesmy jak 'ostry dyzur' i przyjmujemy 'walk-ins'. Ot, tak po prostu ludzie sobie wpadaja ze stosem dokumentow i wymagaja natychmiastowej reakcji/decyzji/zajecia sie sprawa. Weekend, jak zwykle, zapowiada sie obficie. Mamy gosci w sobote, do tego polska szkola, kosciol i chinski w niedziele. Wieczorem w niedziele przyjezdza znajoma z Cleveland, z ktora wyjdziemy gdzies na kawe. Chcialabym wcisnac jeszcze zakupy, pranie, gotowanie i sprzatanie....i chociaz troszke czasu na sen:).
Sezon podatkowy w pelni. Trzeba bylo, jak co roku, wyslac rozliczenia podatkowe. W tym roku musielismy co nieco doplacic. Jako, ze termin skladania rozliczen uplywa w poniedzialek, w mediach mnostwo informacji na ten temat. Co odliczyc, czego sie nie da, gdzie i co kiedy skladac. W temat wbil sie tez prezydent Obama, ktory probuje przeforsowac tzw. "Buffett Rule", tzn. zeby milionerzy placili wieksze podatki. Miliarder Warren Buffett krytykuje obecne prawo podatkowe za to, ze pozwala milionerom placic mniejsze podatki, niz klasie sredniej. Sztandarowym jego przykladem jest to, ze jego sekretarka placi wiekszy % podatku niz on sam. Bierze sie to z tego, ze milionerzy/milarderzy wiekszosc dochodow uzyskuja z inwestycji. Dochody z inwestycji opodatkowane sa nizej niz dochody z tytulu wynagrodzenia. Stad tez, my, zwykli smiertelnicy, placimy wieksze podatki niz wielcy, bogaci szefowie korporacji. Jak podkreslaja specjalisci nie jest bogaty ten kto zarabia duze pieniadze, ale ten kto wie jak je zainwestowac. Slyszalam kiedys od jednego powaznego inwestora, ze pieniadze, ktore zalegaja na koncie, tylko sie marnuja. A ja tam bym nie miala nic przeciwko, zeby mi tak troche pozalegaly;).
środa, 11 kwietnia 2012
Fajny byl ten swiateczny weekend. Spedzilismy sobie Swieta w milej atmosferze na rozmowach do rana i zwiedzaniu Memphis. Najwieksza atrkacja byla dla mnie osobiscie mozliwosc zwiedzenia centrum naukowego St. Jude, w ktorym pracuje nasza Wiola. Niesamowite jest jaki postep zrobili naukowcy w leczeniu raka u dzieci, czym wlasnie zajmuje sie St. Jude. Przez ostatnie 50 lat wyleczalnosc na nowotwory u dzieci wzrosla z 10 do 80%, z czego bialaczka wyleczalna jest w 95%... Poza tym Memphis nas zaciekawilo. Chociaz ogolnie jest jak kazde inne srednie amerykanskie miasto, ma kilka ciekawych zakatkow i miejsc. Zapomnialam juz jak fajnie jest sie wyrwac z domu od czasu do czasu. Kiedys robilismy to niemalze co weekend, teraz srednio kilka razy do roku:(.
piątek, 06 kwietnia 2012
|
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
BLOGI KTORE CZYTAM
CIEKAWE LINKI
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||