Hub Edi

O nas, o zyciu, o podrozach. O wszystkim i o niczym. Baczne obserwacje otaczajacej nas rzeczywistosci. Blogowe zapiski dla potomnosci na dlugie zimowe wieczory.

Wpisy

  • czwartek, 03 listopada 2016
    • Hallo, tu straszy...

      Ami zaczela obchody Halloweenowego szalenstwa juz w piatek. W Chinskiej szkole hucznie odprawili bal przebierancow, konkursy, zabawy. Wrocila wycienczona, ale zadowolona i z pelnym koszykiem slodyczy. W sobote na osiedlu, kolejna impreza, zabawy dla dzieciakow, muzyka na cala okolice i wyglupki, wyglupki, wyglupki;). Osiedlowe kolezanki przyszly po Ami juz o 4, chociaz impreza zaczynala sie o 6;). Trzeba bylo jeszcze rowerem w stroju po osiedlu pojezdzic w ramach rozgrzewki przedimprezowej;).

      No i samo Halloween. Jeszcze dobrze do domu nie weszlam zaczelo sie pukanie do drzwi i usmiechy na twarzach przebierancow, ktorzy mimo, ze jeszcze slonce wysoko juz ostrzyli sobie zabki na cukierkowe lupy;).

      Ami wymyslila na ten rok kostium Harlequina, tradycyjne blazna, ale ostatnio 'odgrzewanego' w komiksach o batmanie, filmach, etc. I ponoc byl to najbardziej popularny kostium w tym roku.

      Antosi przypadl w udziale kostium jakiejs gasienniczki.... wygladala przekomicznie, tylko male slepka wystawaly;). Coz, pierwszy w jej zyciu Halloween zaliczony.

       Z ulga odetchnelismy zamykajac drzwi za ostatnim przebierancem i zmywajac Ami makijaz, co to do stroju musial byc obowiazkowo;). Strachy, na lachy, do zobaczenia za rok:).

      IMG_6098

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Hallo, tu straszy...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 listopada 2016 15:53
    • Pazdziernikowo

      Pazdziernik minal jak z bata strzelil. Kazdy weekend wypelniony po brzegi, jak zwykle. Sporo jestesmy poza domem, na swiezym powietrzu i skrzetnie korzystamy z cudownej Texanskiej jesieni. Poza tym pedzimy, pedzimy, pedzimy.... czasem chce mi sie po prostu wysiasc z tego "pociagu". “Niech ktos zatrzyma wreszcie czas, ja wysiadam….” Jak spiewala Anna Maria Jopek….ale jak? No nie da sie po prostu.

      Odwiedzili nas starzy znajomi, jeszcze z Cleveland. Byla wiec okazja pojezdzic troche po miescie, pokazac okolice, przycupnac gdzies w fajnych knajpkach i dalej przerabiac kilometry po miescie. Cale szczescie, ze na poniedzialek po takim intensywnym weekendzie zaplanowalismy im SPA, mogli wiec troche odsapnac. Teoretycznie, bo w praktyce wrocili z tego SPA wycienczeni. No tak, rozumiem, bicze wodne, sauny, kapiele w mineralach i drinki w basenie moga czlowieka wykonczyc.....;).

      Gdy znajomi biczowali sie w SPA, ja spelnialam swoj obywatelski obowiazek. Jury Duty. Zawezwali mnie do stawienia sie z samego rana w sadzie choc z racji mojego zawodu szanse na wybranie mnie na rozprawe byly minimalne - takie sa zazwyczaj niepisane zasady, ze prawnikow nie wybiera sie - jeszcze by sie za bardzo wymadrzali;). A tu chodzi o element ludzki, ktory ma decydowac o winie i karze i faktach. Wysiedzialam sie cale przedpoludnie i do domu odeslali bo i tak nic ciekawego sie akurat w sadzie nie dzialo tego dnia. Ale obowiazek spelnilam, co certifikatem zostalo potwierdzone i na najblizsze kilka lat mam spokoj.

      W kolejny weekend udalo nam sie zdobyc bilety na super koncert "Disney Fantasia in Concert" - orkiestra grala na zywo muzyke do tego filmu Disneyowskiego. Przesuper, jak zwykle na najwyzszym poziomie. Wraz z cala grupa znajomych rozkoszowalismy sie tym pieknym koncertem i spacerem po miescie tuz po nim.

      Ah i caly czas rozkoszujemy sie pogoda, bo lato u nas nadal w pelni. Co rano zastanawiam sie czy nadal wypada jeszcze zalozyc do pracy sandaly... bo w kalendarzu juz prawie listopad... ale na dworze nadal 30 stopni.

      W pracy szybkie tempo, podkrecane przez kilka duzych tranzakcji i toczace sie jednoczesnie trzy duze sprawy patentowe. Wszystko to dla mnie nowe, wiec ucze, sie, ucze, ucze... a na spotkaniach staram sie robic dobre wrazenie, a od kiwania boli mnie potem szyja;). W miedzyczasie pozytywnie zakonczylam dwie spore sprawy pracownicze w Kanadzie i Chinach, czyli wszystko w normie. Przygotowuje sie do mojego corocznego tournee po Azji, kilku konferencji i spotkan i jak to wszystko wpuscilam w kalendarz, to sie okazalo, ze w listopadzie bede w pracy niecaly tydzien;). Zapowiada sie wiec ciekawie.

      Tak wiec zamknelam na chwile oczy, a jak sie obudzilam byl juz Halloween - nie wiem kiedy to zlecialo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Pazdziernikowo”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 listopada 2016 15:19
  • czwartek, 06 października 2016
    • Jagódka;)

      Dawno Antosi na blogu nie bylo. Jutro konczy 7 miesiecy wiec jeszcze rzutem na tasme wstawie ja szesciomiesieczna;). Jest fajniutka i taka juz "kumata". Taka pogodna, ciagle sie smiejaca, naprawde cudowne dziecko. Placze tylko ze zmeczenia lub glodu, choc z tym drugim to w zasadzie ona nigdy nie jest glodna, nie za bardzo kwapi sie do jedzenia. No chyba, ze babcine papki jabluszkowe czy ziemniaczkowe;). Roznych juz trickow sie chwytamy, zeby Antoske zabawic przy jedzeniu. Dzialaja jeszczce jako tako "Jagodki" puszczane na telefonie - przy tej piosence Antoska jest w stanie wychylic pol butelki, choc widac, ze momentami jej sie repertuar Jagodkowy nudzi;).

      Uwielbia Amelie, jak tylko ta stanie w drzwiach, Antosia szczerzy bezzebny usmiech i marszczy nosek;). Fajna jest ta nasza Jagodka;).

      IMG_5820

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jagódka;)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 października 2016 18:11
  • środa, 28 września 2016
    • Houston

      Jeszcze dobrze nie ostyglismy po wyjezdzie do Polski, a tu juz nas ponioslo w kolejna podroz. Tym razem krotsza i lokalnie. We wrzesniowy dlugi weekend, odwiedzilismy znajomych w Houston. Wynajelismy duzy minivan, autobus prawie i cala rodzina, z dziatkami i dziadkami wyruszylismy na poludnie;). Normalnie nie powinno jechac sie dluzej niz 4 godziny. Wyjazd poznym piatkowym popoludniem tuz na poczatku swiatecznego weekendu norma nie jest, wiec jechalismy godzin ponad 6.Cale szczescie, ze znajomym cierpliwosci wystarczylo i czekali na nas do poznych godzin nocnych. Jako, ze Houston jest nad oceanem, no jakby sie ktos czepial to nad Zatoka, z samego rana chcielismy koniecznie na plaze. No i wyprawilismy sie do Galveston i Kemah. Galveston, jak wszyscy nas przestrzegali, nic ciekawego. Nieladna plaza, nieladna okolica, troche wrecz przygnebiajaca. Kemah natomiast, urokliwe male miasteczko z cudownym nadbrzezem, pelnym atrakcji molo i cudownymi widokami. Najwiecej frajdy mialy oczywiscie dzieciaki, Amelia i David - przyjaciele od urodzenia. Najmniej skorzystala jeszcze Antoska, z ktora na zmiane chowalismy sie w cieniu. Jak juz wymeczona rebiata zsiadla z ostatniej karuzeli, najadla sie lodow i nabiegala dookola fontanny - moglismy wracac do domu. Jeszcze po drodze wstapilismy do NASA, cpyknelismy kilka zdjec z rakieta, przejechalismy przez centrum Houston podziwiajac olbrzymie biurowce korporacji naftowych i typowa zabudowe "inner-city". Milo bylo jednak wrocic do zielonych i czysciutkich dzielnic na przedmiesciach i odpoczac nad basenem. Kolejny dzien spedzilismy na leniwych spacerach, malych zakupach i nadrabianiu zaleglosci ze znajomymi.  Fajne sa takie wypady za miasto, choc przyznam, ze z mala Antosia, takie szybkie wypady urastaja do rangi przedsiewziecia logistycznego. Trzeba ciagnac ze soba wszelkie lozeczka, wozki, nosidelka, mleka, kaszki i fure pieluch. Do tego trzeba planowac dzien i atrakcje wokol drzemek, kupek i temu podobnych, a na koniec martwic sie czy Gusia przespi czy przemarudzi kilkugodzinna jazde. Generalnie jednak warto od czasu do czasu wyrwac sie z domu i zmienic sobie otoczenie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Houston”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      środa, 28 września 2016 21:52
  • poniedziałek, 26 września 2016
    • Vincent i jego historie

      W tym roki Ami trafila sie nie lada gratka. Tak jak zwykle tuz po zajeciach w szkole Ami przemieszcza sie do szkoly chinskiej. Chinczycy wysylaja swojego minibusika, ktory z okolicznych szkol zwozi dziatwe na zajecia. Rozni kierowcy juz przewineli sie przez lata. W tym roku mamy Vincenta. Ciekawa postac - Vincent jest policjantem, wprawdzie juz na emeryturze, ale jeszcze od czasu do czasu sobie dorabiajacym. Czesto wiec, Vincent przyjezdza po Ami prosto ze sluzby w mundurze. Jakiez bylo zdziwienie w szkole gdy pierwszego dnia pojawil sie po nia policjant w mundurze. Cale szczescie uprzedzilismy wychowawczynie, bo Vincent zadzwonil do nas poprzedniego wieczoru przedstawic sie i uprzedzic wlasnie, ze czasem bedzie w mundurze. Ami bardzo zaprzyjaznila sie z Vincentem i uwielbia sluchac jego historii. A Vincent  ma co opowiadac. Cale zycie pracowal w odziale walki z przestepczoscia zorganizowana, gangami, przemytnikami, etc. I opowiada Ami co ciekawsze sprawy. Ami wszystko skrzetnie rejestruje i jest juz w materii narkotykow, przemytow, wyrokow, etc. dosyc dobrze zorientowana. Nawet zbyt dobrze jak na dziewieciolatke;). I opowiada nam pozniej te historie, jak to Vincent z odzialem przechwycil podejrzany ladunek lub zaaresztowal bandytow. Ami wie ile grozi za posiadanie, jakie sa limity, gdzie przemytnicy z Meksyku najczesciej ukrywaja narkotyki, itd. Widze, ze bardzo ja to ciekawi i fascynuje.

      Oprocz kroniki kryminalnej, Vincent bardzo chetnie opowiada Ami o swojej duzej rodzinie, dzieciach, zonach. Smiejemy sie jak Ami zaczyna historie od ".... bo pierwsza zona Vincenta to....." a "druga zona Vincenta to.....". Vincent ma rowniez opinie na temat tego gdzie Ami powinna pojechac na wakacje, gdzie powinnismy ja zabrac na narty, gdzie ma pojsc na studia i jakie sporty powinna uprawiac;). Generalnie Vincent ma duzo do powiedzenia;).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 23:13
    • Powakacyjnie

      Po wakacjach pozostal juz tylko dym, szkoly wszelakie juz ruszyly pelna para, i tylko ja nie mam czasu na bloga. Ani tak naprawde na nic. Ami w czwartej klasie. Choc poczatkowo nie podobal jej sie sklad klasy, jakos sie z tym pogodzila i szybciutko znalazla sobie kolezanki. Jak na razie w kolko trajkocze o Alexie. Alexa to, Alexa tamto... najbardziej podoba jej sie, ze maja z Alexa takie same inicjaly oraz nowo-urodzone siostry. Alexa, w bonusie dostala tez brata, bo wlasnie urodzily im sie blizniaki;). No i wymieniaja sie doswiadczeniami starsze siostry. Generalnie, ze bobos sa "cute"... ;).

      Panie tez sa fajne w tym roku. Takie z sercem, z powolania, z idealnym podejsciem do dzieciakow. Podoba mi sie, ze utrzymuja dyscypline, ale wiedza tez kiedy dzieciaki pochwalic i tych pochwal im nie szczedza. Moj egzemplarz bardzo na pochwaly lasy i pozytywnie to na nia dziala i ponoc w szkole jest idealna. Jak pani nauczycielka matce zostawila wiadomosc trzyminutowa na telefonie z elaboratem nt. corkowego zachowania, jakie jest super i w ogole, to matka sie w robocie rozryczala i glupio wygladala z rozmazanym okiem;).

      W tym roku kontynuujemy plywanie, pianino i tenisa. No i Chinska szkole. Ami momentami tradycyjnie zglasza oficjalny protest, ze Chinski glupi, trudny i w ogole, ale jak na razie spisuje sie swietnie. Z panstwowego egzaminu, ktory pisala jeszcze przed wakacjami, dostala 185/200. Dumni jestesmy z niej, bo tylko swoim wlasnym wysilkiem sobie to wypracowala, bo nasze umiejetnosci zatrzymaly sie na poziomie zerowki. Takze utwierdzamy sie w przekonaniu, ze Ami to egzemplarz zdolny, aczkolwiek trzeba czasem troszke "zachecic" lub zagonic, ewentualnie nastraszyc, przekupic, zaszantazowac. Niepotrzebne skreslic;).

      Odpadla mi na cale szczescie logistyka, pedzenie po Ami i obworzenie po wszelakich basenach i kortach. Dziadzius chetnie przejal obowiazki rodzinnego Ubera. Przedluzyl mi tym zycie o dobrych kilka lat. Juz nie musze pedzic na zlamanie karku lub wrecz przeciwnie stac w korkach. A on ze stania w korkach czerpie nawet przyjemnosc, pod warunkiem, ze Ami mu na tylnym siedzeniu trajkocze i ciekawostki przyrodnicze opowiada;).

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 22:07
  • wtorek, 30 sierpnia 2016
    • Zdalne Sterowanie;)

      Same Chrzciny organizowałam jak to się teraz modnie mówi “zdalnie”. Zdalnie znalazlam fotografa, który zdalnie mi odmowił na 2 tygodnie przez imprezą;). Całe szczęście, że znalazł sie wybawiciel, człowiek superprofesjonalny i akurat miał wolny termin. I pojawił się na czas i na medal spisał. I jeszcze pieniędzy żadnych nie chciał, dopiero jak przyśle zdjęcia. Zdalnie znalazłam też piękne miejsce z pięknym ogrodem, które rownież zdalnie zarezewrowałam, a szczegóły organizacyjne omówiłam z właścicielem przez What’s Up-a i telefonicznie, tak po nowoczesnemu, jak na nową erę przystało. Technologia jest świetna, zdjęcia na internecie wyglądaja cudownie, niby wszystko da się załatwić przez internet……. a później budzimy się w tzw. “realu”;).

      Jak się okazuje, nic nie jest w stanie zastąpić starej dobrej rozmowy twarzą w twarz a żadne zdjęcia nie zastąpią naoczynych “oględzin”;).

      No wiec najpierw miejsce: miało być fajne, piękne, na odosobnieniu, idealne wręcz na kameralną imprezę rodzinną. Na miejscu okazało się, że miejsce jest takie sobie, ogród nie wygląda tak imponująco jak na zdjęciach a dojazd i parking sa fatalne. Nie wiem ile czasu zajęłoby naszym gościom znalezienie tego miejsca. O ile byliśmy rozczarowani już samymi warunkami, prawdziwy niesmak odnieśliśmy z rozmowy z właścicielem. Nazwijmy go Mr. Cwaniak.  Gdy Mr. Cwaniak przedstawil mi wizję moich chrzcin, która nijak pokrywała się z tym co sobie zaplanowałam, już nie mówiąc, że wymarzyłam… pękłam. I niemiła może trochę byłam. Ale nie znoszę cwaniactwa, naciągactwa i kłamstwa. Mr. Cwaniak poinformował nas, że w dniu Chrzcin odbędą się na terenie lokalu 3 imprezy oprócz naszych Chrzcin. “Lokal” to generalnie trzy połączone ze sobą duże sale. Przez telefon, Mr. Cwaniak opisał nam lokal jako “kompleks budynkow z osobnymi wejściami”. No więc dwa wesela, duża impreza urodzinowa i nasze “przyjątko” Chrzcinowe. Oczywiście Mr. Cwaniak nie ukrywał, że wesela traktowane są “priorytetowo”. To goście weselni mają, na przykład, dostęp do ogrodu oraz pierszeństwo parkowania na (nieistniejącym – ale- niech- się- pani- nie- martwi- coś- sie- wymyśli) parkingu.  Gdy Mr. Cwaniak  zapytał czy będziemy mieli DJ-a i poruszył kwestię kordynacji miedzy DJ-ami i zespołami coby siebie nawzajem nie zagłuszać,  Huba musiałam kopać już w kostkę pod stołem bo widziałam jak się w nim wzbierało;). Już widziałam naszą grupkę wciśniętą w kąt i zagłuszoną Coco Jumbo. Podczas rozmowy wyszły na jaw jeszcze inne szczegóły i obostrzenia o których rzecz jasna nie było mowy podczas rezerwacji. I czara sie przelala.  Niepomni zapłaconego depozytu, wyszlismy z “lokalu” zniesmaczeni, źli i z postanowieniem, że raczej tu nie wrócimy. Dodam, ze była to środa wieczorem, a Chrzciny w niedzielę.

      W dwie godziny objechaliśmy okoliczne restauracje, domy weselne i inne imprezownie. Aż trafiliśmy na fajną restaurację na górce, tuż obok Kościoła. Jak to zwykle bywa, najciemniej jest pod latarnią. Że też wcześniej nie zwróciliśmy uwagi na to urokliwe miejsce. Rozmowa z właścicielem już tylko utwierdziła nas w przekonaniu, że to jest to czego tak naprawdę nam potrzeba. I jakże się nie pomyliliśmy. Impreza przeszła nasze najśmielsze oczekiwania i szybko zapomnieliśmy o porażce z poprzednim lokalem.  Piękna sala, super profesjonalna obsługa i szefostwo zrobiło na nas naprawde wielkie wrażenie. Być może pomogło trochię temu dobre włoskie wino – świeżo sprowadzone z Włoch przez właściciela - pasjonatę win i jedzenie, które pobiło wszystko…ilością i pysznością.  I te drobne “umilacze”, jak dekoracja ze świeżych kwiatów, jak bukieciki na stołach na tarasie, jak kokardeczka tu, a “uśmieszek” tam. Goście, choć z różnych kręgów znajomości, dosyć szybko sie zintegrowali i myślę, że czuli się dobrze. My czuliśmy się wspaniale. Wspólnym zdjęciom, śmiechom, rozmowom, nie było końca. Antosia dzielnie znosiła zainteresowanie i przekazywanie jej sobie z rąk do rąk. Najchętniej zwijała się w kłębuszek na rączkach u babci lub dziadka, którzy nie odstępowali jej na krok. Wdzięczni jesteśmy bardzo za to wspólne z nami świętowanie Antosiowych Chrzcin, za wielkie serca, niesamowite prezenty, ale przede wszystkim, za wspólne bycie – to dla nas najważniejsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zdalne Sterowanie;)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 sierpnia 2016 20:34
    • 14 sierpnia 2016

      Ja Ciebie Chrzczę…. Zabrzmiało w Imielińskim Kościele tuż po tym jak umilkły dzwony na Anioł Pański w sierpniowe południe. Antonia Cecilia, jak Bóg przykazał, została włączona do Kościoła Katolickiego. Tyle my, rodzice, możemy zrobić dla jej życia duchowego, zaszczepic w niej wiarę,  którą sami wyznajemy, pokazać jej, że jest gdzieś ta Wyższa Siła, w która trzeba wierzyć. Co z tym zrobi dorosła Antonia będzie zależało od niej. To pewnie będzie kwestia na którą nie będziemy mieli wpływu, ale dopóki mamy - wszczepiamy, siejemy, zarażamy. Sama ceremonia krótka i na temat. Ksiądz ładnie podkreślił doniosłość chwili, powiedział miłych kilka słów do rodziny. Przywitał rodziców i chrzestnych: Olę i Krzysia i przeszedł do obrządku. Polał naszą małą głowinkę wodą święconą i egzorcyzm odprawił co by diabła wypędzić;). Antosia oczkami mrugała, księdzu się przyglądała jakby co najmniej rozumiała co się dzieje. Po dalszych modlitwach, białej szatce, zapeleniu świecy, ceremonia zakończyła się wspólnym, pamiątkowym zdjęciem. O ile jeszcze w czasie Mszy poprzedzającej chrzest, Antosia marudziła, w trakcie samego chrztu, zachowywała się idealnie, nie zapłakała ani razu, uśmiechała się do nas i obeserwowała. Cieszyliśmy się bardzo, że rodzina stawiła się w komplecie, że nie zawiedli przyjaciele, choć grono gości troszkę skurczyć się musiało przez szczyt sezonu urlopowego, na który akurat przypadły chrzciny. Ale wdzięczni jesteśmy również tym nieobecnym za wszelkie dobre słowa, pamięć i prezenty.

      chrzest_sm

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 sierpnia 2016 20:29
    • Veni, Vidi, Vici - Poland 2016

      Veni, Vidi, Vici – tak najlepiej opisać nasz tegoroczny pobyt w Polandii;)

      Bylo krótko, ale bardzo intensywnie. Kilka tysięcy kilometrów przejechanych po polskich drogach, szczególnie na Wschodzie, dalo nam trochę w kość, ale cel był szczytny. Hub dopytywał się “kiedy wreszcie wjedziemy na główną drogę”;). Ale ogólnie i tak sporo się w kwestii dróg zmieniło, jeździ się o wiele lepiej, momentami nawet super. Zresztą piękna pogoda i piękne o tej porze roku widoki rekompensowały turlanie się za traktorem lub innym kombajnem;).

      Co się nie zmienia to oczywiście ludzie! Moi kochani, przyjaciele, znajomi, rodzina – to dla tych chwil się żyje, to dla tych krótkich odwiedzin pędzi się z drugiego końca świata z bijacym sercem, to dla tych spotkań właśnie i rozmów do świtu przemierza się kilometry. Świetną okazją do spotkania rodzinnego były chrzciny Antosi. Przez cały weekend biesiadowaliśmy sobie w rodzinnym gronie, wspominąjac dzieje rodzinne, śmiejąc się i nadrabiając  zaległości. O samych Chrzcinach napiszę osobną notkę, bo wydarzenie ważne przecież;).

      Przyjaciele moi kochani równiez zorganizowali super spotkanie w dosyć licznym gronie. Do tego ugościli, przyjęli z dobrodziejstwem inwentarza, wózkami, łóżeczkami i całą resztą. Siedzieliśmy sobie do wczesnych godzinnych rannych i gadali, gadali, gadali. A podczas spontanicznego spaceru po Miasteczku wpadłam na dawnych znajomych, którzy też rozsiani po świecie wracają na chwilę bądź na zawsze do Polski. Ich komentarz, że “góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze…..” jakże trafny.

      Tradycyjnie już odwiedziliśmy Warszawę, gdzie robiegliśmy się w ciągu dnia na różne spotkania służbowe by wieczorem spotkać się u znajomych na grillu i pogaduchach. Jak człowiek tak pędzi na adrenalinie i emocjach, to okazuje się, że wystarczą 3 godziny snu i zaczynamy kolejny dzień. Znowu spotkania, odwiedziny, mnóstwo jedzenia i liźnięcie uroków Warszawy: spacer po Nowym Świecie, kawa na Foksal, cpykanie zdjęć przy Pałacu Kultury. Na więcej nie wystarczyło czasu, a doba nie chciała dać się rozciągnąć:(.

      Główną naszą bazą, jak co roku, był oczywiście Kraków. Piękne, ciekawe miasto. Mieliśmy okazję nawet dosyć sporo pochodzić sobie po mieście, posmakować atrakcji turystycznych oraz pyszności kuszących z każdego zakątka. Non-stop dzieje się coś na Rynku lub w okolicach. A to Festiwal Rękodzieła - Cepeliada, a to koncerty, a to występy ulicznych muzyków czy aktorów. Pozałatwialiśmy też trochę spraw urzędowych, spędziliśmy sobie miły czas z kuzynostwem i babcią Huba. Udało nam się też wcisnąć kilka spotkań ze znajomymi w Krakowie i okolicach.

      Ponieważ Amelia bardzo przeżywała tegoroczny pobyt w Polsce, chcieliśmy spędzić z nią jak najwięcej czasu. Jako, że Antosia i tak nie daje sie jeszcze na wycieczki czy eskapady, zmeldowaliśmy ją u mojej mamy, a sami zabraliśmy Amelię i spędziliśmy sobie super dzień w Krakowie, a kolejny w Zakopanem. O jaka byla zadowolona i dumna, że pozwoliliśmy jej zaplanować  te dni, że robiliśmy tylko to na co miała ochotę. Wycieczka do Zakopanego, choć przypłacona zakwasami w nogach, bardzo się udała. Wybraliśmy się nad Morskie Oko. Przepiękne tereny, fantastyczne widoki. Aż wracać się nie chciało. I pogoda nam sie udała, choc momentami bywało chłodnawo. Ami dzielnie się spisała mimo długiej wędrówki i prawie dwu-godzinnego zejścia z góry. Samo Zakopane dosyć dosyć, choć  nadal jeszcze bardziej “aspiruje” do kurortu niż nim jest. Może nawet ta zaściankowość ma swoj urok, choć przydałoby się trochę uprzejmości wobec Ceprów. Jedyną miłą osobą była dziewczyna sprzedająca miód, która mimo późnej pory i pewnie zmęczenia, była super uprzejma i miła. I aż jej za to podziękowałam. I kupiłam słoik miodu. Malinowego. Tak żeby spróbować, bo w życiu nie jadłam miodu malinowego, ale bardziej, żeby coś od niej kupić, bo taka miła właśnie była. A miód malinowy taki sobie – bardziej syrop malinowy niż miód – chyba niekoniecznie “miód-malina”;).

      I z ciekawych miejsc wpadliśmy na jedno popołudnie do Kazimierza Dolnego. Piękny jak zwykle. I też z wieloma atrakcjami. Na każdym kroku fajne kafejki, knajpki. Wszystko w swoistym kazimierskim klimacie. Aż chciało się dłużej tam zostać i pojeździć po wąwazach na przykład, lub wspiąć się na Górę Trzech Krzyży – ale czasu wystarczyło nam tylko na porządny spacer po mieście i nad Wisłą, wizytę w lokalnych sklepikach i pyszny obiad. Do Kazimierza akurat mam wielki sentyment, bo lata nasze młodzieńcze to częste wypady do Kazimierza, fajne imprezy, spotkania. Znało się każdy kąt, każdą nowo otworzoną knajpkę. Teraz pewnie trudno byłoby nadążyć  za zmianami, bo Kazik stał się prawdziwą perłą turystyczną. I dobrze mu tak;).

      Reszte pobytu to Chrzciny, przygotowania do nich, wzloty i upadki. I miękkie lądowanie. Opisze w następnym wejściu;).

      IMG_5679

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Veni, Vidi, Vici - Poland 2016”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 sierpnia 2016 19:08
  • wtorek, 02 sierpnia 2016
    • Pozdrowienia z Obozu

      Amelia na obozie w Gorach Swietokrzyskich. Wraz z koleznka Iza bawia sie swietnie. Z podziwu nie moge wyjsc jak swietnie maja zorganizowany czas i ile rzeczy sie dzieje kazdego dnia.  Prawie codziennie odbywaja sie jakies zajecia sportowe - pilka, bieganie, skakanie, itp. Sa tez roznego rodzaju zajecia plastyczno- artystyczne. Co drugi dzien jest plywanie i konie. Dzieciaki maja tez sporo wycieczek po okolicznych atrakcjach: park miniatur, wyprawa w gory, wizyta w muzeum, w zamku, w parku rozrywki i sama nie wiem co tam jeszcze. Wieczorami tradycyjnie disco, karaoke lub talent show;).

      Dzieciakom  taki napiety plan dnia i mnostwo atrakcji oczywiscie sie podoba. Codziennie na stronie internetowej organizatora dostepne sa setki zdjec - mozemy wiec ogladac sobie co tez danego dnia dzieciaki robily.

      Ami polubila jazde konna (o ile mozna to juz nazwac jazda;) - polubila konie, przebywanie z nimi. Fascynuje sie ich madroscia. Bardzo przezywa, ze kon na ktorym jezdzi  jest w ciazy. Bardzo podobaja jej sie zajecia sportowe, trampolina, plywanie, itp. Ciekawa jestem jej wrazen z wycieczek do muzeow czy zamkow.

      Od czasu do czasu udaje nam sie zamienic z Ami kilka slow przez Skype - choc nie jest to latwe z uwagi na roznice czasu i napiety harmonogram po obu stronach;). Oboz konczy sie w piatek kiedy to Amelie przechwycaja dziadziusie, obecnie przebywajacy w sanatorium - rowniez w tamtej okolicy. Cala rodzina spotka sie w komplecie w sobote - ot taki fajny prezencik urodzinowy sobie zrobie - moje kochane dziewczyny w jednym miejscu;). Doczekac sie nie moge!

      Tymczasem, Ami DOSLOWNIE fruwa w powietrzu na obozie;)

      DSC04705cr

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pozdrowienia z Obozu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ezydorek
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 sierpnia 2016 22:00

Kalendarz

Grudzień 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

Wyszukiwarka

Autorzy

Kanał informacyjny

stat4u